Piotrkowianka pracowała przy nowym hicie Netflixa. Wiktoria Rozpędek znalazła się w ekipie „Lalki”, jednej z najgłośniejszych polskich produkcji ostatnich miesięcy. Na planie była asystentką głównej kostiumografki Doroty Roqueplo. Jak wygląda praca przy tak dużym serialu, ile godzin spędza się na planie i dlaczego czasem zwykła agrafka może być równie ważna jak cały kostium? O swoich doświadczeniach opowiedziała nam Wiktoria.
Wiktoria Rozpędek to Piotrkowianka, która znalazła się w ekipie kostiumowej najnowszej „Lalki” Netflixa. Pracując jako asystentka głównej kostiumografki Doroty Roqueplo, odpowiadała za przygotowanie strojów, ich dopasowanie i bieżące poprawki na planie.

Nowa „Lalka” to sześcioodcinkowy serial Netflixa, będący współczesną reinterpretacją powieści Bolesława Prusa. Za reżyserię odpowiada Paweł Maślona, a w głównych rolach występują Tomasz Schuchardt jako Stanisław Wokulski i Sandra Drzymalska jako Izabela Łęcka. Serial miał premierę 16 września 2026 roku.
Zdjęcia realizowano między innymi w Warszawie, Łodzi, Wrocławiu i Lublinie. Jednym z miejsc, które wykorzystano podczas produkcji, było warszawskie Krakowskie Przedmieście. Tam ekipa na potrzeby zdjęć odtworzyła XIX-wieczny wygląd ulicy.
Właśnie tam Wiktoria po raz pierwszy mogła zobaczyć na własne oczy skalę przedsięwzięcia, w którym uczestniczy.
– Teoria zupełnie odbiegała od praktyki. Miałam wcześniej styczność z projektami, ale oczywiście na znacznie mniejszą skalę, z projektami studenckimi. Więc tutaj, jak można się spodziewać, ta skala mnie zaskoczyła, ponieważ jednymi z pierwszych zdjęć, jakie nagrywaliśmy, były zdjęcia na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, gdzie odcinek na wysokości Uniwersytetu Warszawskiego został kompletnie wyłączony z ruchu i zupełnie przetransformowany do XIX wieku. Spędzałam tam po 12 godzin, ponieważ dzień pracy na planie to jest minimum 12 godzin. Fakt tego, ile osób właśnie tam pracuje, wkłada w to serce i możliwość zobaczenia osób, które sama ubierałam, że one właśnie teraz chodzą po tej ulicy i dopełniają tę piękną wizję, to było coś niesamowitego. Do dzisiaj, jak o tym myślę, mam takie rozmarzenie i pomimo tego, że brałam w tym udział, trochę nie dowierzam, że to wszystko naprawdę się wydarzyło – mówi Wiktoria Rozpędek.
Wiktoria skończyła charakteryzację i kostiumografię, a następnie także historię sztuki. W zawodzie zaczęła pracować niedługo przed tym, zanim trafiła na plan „Lalki”.
Droga do serialu Netflixa zaczęła się jednak od spotkania z Dorotą Roqueplo, główną kostiumografką produkcji.
– Miałam to ogromne szczęście, że w zeszłym roku dane mi było poznać panią Dorotę Roqueplo, czyli główną kostiumografkę tutaj w naszym serialu. Na początku wyglądało to w ten sposób, że pomagałam jej sprzątać w pracowni, ponieważ pani Dorota ma ogromny dorobek artystyczny, więc można sobie wyobrazić, że również ma ogromne zasoby. Poznałyśmy się, ona powiedziała, że aktualnie nie ma żadnych projektów, bo to tak przeważnie bywa, że są takie okresy, kiedy nic nie jest nagrywane. A ja stwierdziłam, że ponieważ była potrzeba właśnie sprzątania, to zaoferowałam się, że mogę to zrobić. Przez jakiś czas pomagałam sprzątać pracownię i potem, po jakimś czasie, w maju, otrzymałam telefon od pani Doroty z zapytaniem, czy byłabym chętna wziąć udział w „Lalce”. Jak można się domyśleć, nawet się nie zastanawiałam nad odpowiedzią, tylko od razu padło „tak” – wspomina.
Tak rozpoczęła się jej przygoda z jedną z największych produkcji, przy których miała okazję pracować. Początek oznaczał jednak konieczność szybkiego odnalezienia się w zupełnie nowej rzeczywistości.
– Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie miałam momentów zwątpienia, ponieważ to wymagało ode mnie kompletnego przetransformowania mojego życia. Dzień pracy minimum 12 godzin, często wiele dni pod rząd. Potem jeszcze mój pion charakteryzuje się tym, że my pracujemy nie tylko podczas dni zdjęciowych, ale również poza dniami zdjęciowymi. Podczas właśnie zdjęć byłam kompletnie wyłączona z mojego życia prywatnego. Tutaj po prostu było dużo takich rzeczy, z którymi wcześniej nie miałam styczności, z tego względu, że nie pracowałam przy projektach na taką skalę. Oczywiście było bardzo dużo błędów, bardzo dużo stresu, jednak miałam dookoła naprawdę niesamowitą ekipę i wsparcie. Czułam, że mogę o wszystko zapytać, więc to naprawdę mi ułatwiło pracę – opowiada.
Wiktoria pracowała przede wszystkim ze statystami. To właśnie ich kostiumy wymagały bardzo dużej liczby bieżących poprawek i dopasowań. Przy tak dużej produkcji każdy szczegół miał znaczenie.
– Więcej styczności miałam ze statystami ze względu na to, że byłam asystentką kostiumografki. Ale mimo wszystko to też jest pewien rodzaj aktorstwa. Statyści to były często właśnie osoby, które na co dzień nie zajmują się tym. I było to o tyle cudowne, że pomimo tej ciężkości pracy, czyli 12 godzin, często w przypadku właśnie statystów w kostiumie, wszyscy byli tacy podekscytowani i szczęśliwi, że mogą brać udział w „Lalce” – mówi.
Kontakt z aktorami również wyglądał inaczej, niż mogłoby się wydawać osobie, która zna plan filmowy wyłącznie z ekranu.
– Jeżeli chodzi o aktorów, to z mojego doświadczenia, jakie nabrałam na planie, bardzo ważne jest to, żeby wszyscy traktowali się jak ludzie. Wiem, że można złapać się w tę pułapkę, że kiedy widzi się twarz, którą widzi się tylko na ekranie, to trochę może człowiek nie wie, jak się zachować. Ale trzeba wiedzieć, że jesteśmy tam wszyscy w pracy i trzeba tak do tego podchodzić – tłumaczy Wiktoria.
Była też okazja do spotkań z aktorami poza planem. Podczas zdjęć wyjazdowych we Wrocławiu cała ekipa mieszkała w jednym hotelu.
– Ponieważ mieliśmy zdjęcia wyjazdowe we Wrocławiu i wszyscy byliśmy w jednym hotelu, były tam piłkarzyki, gdzie graliśmy całą ekipą. Mogę się pochwalić, że grałam z panem Piotrem Adamczykiem i panią Magdą Cielecką przeciwko panu Adamczykowi. I wygraliśmy – wspomina z uśmiechem.
Na ekranie wiele rzeczy wydaje się oczywistych. Aktor zakłada kostium i gra scenę. W rzeczywistości ten sam kostium może wymagać kilkunastu drobnych poprawek, a osoby odpowiedzialne za jego wygląd muszą pamiętać, jak prezentował się kilka godzin, a czasem nawet kilka dni wcześniej.
– Moją rolą tutaj było to, żeby wizja kostiumografki, pani Doroty Roqueplo, była jak najbardziej spójna. Bardzo nam zależało na tym, żeby to wszystko było spójne, ponieważ bardzo rzadko nagrywa się sceny chronologicznie. Bardzo ważne było więc to, żeby pamiętać, jak coś wyglądało wcześniej. Jeżeli nagrywa się różne ujęcia, to wszystko musi się zgadzać, żeby widz nie wybijał się z immersji w świat „Lalki” – mówi.
Jednym z przykładów były męskie fulary, które na planie nazywano „wiązakami”.
– Przez to, że one są na szyi, a szyja się rusza, to trzeba było być bardzo uważnym, żeby one cały czas wyglądały dobrze. To była po prostu nasza zmora, można by powiedzieć – przyznaje.
Nie wszystkie kostiumy powstawały od początku na potrzeby serialu. W dużej części były wypożyczane, co oznaczało kolejne ograniczenia.
– W większości moja praca na planie opierała się często na tym, żeby złapać coś agrafką, ponieważ większość kostiumów była pożyczana. To też się wiązało z tym, żeby ten kostium jak najmniej modyfikować, żebyśmy potem mieli jak najmniej trudności z jego zwracaniem. Ale to też jest trudne, bo trzeba uważać, żeby nie zniszczyć tego kostiumu, żeby oddać go w takiej formie, w jakiej został pozyskany. Do tego figury osób są przeróżne, różna jest wysokość osoby i trzeba było to podpinać – wyjaśnia Wiktoria.
Kostiumy musiały wytrzymać również wielogodzinną pracę na planie. Niektóre ubrania były używane przez 12 godzin dziennie, przez kilka dni z rzędu.
– Ubrania mają określoną trwałość, a kiedy one są używane po 12 godzin dziennie przez kilka dni pod rząd, to oczywiście jest logiczne, że może się coś wydarzyć, ponieważ człowiek w tym funkcjonuje. Naszą rolą było to, żeby dbać właśnie o za długie nogawki albo o przybrudzoną halkę, żeby to potem uprać i żeby wszystko zawsze wyglądało jak najlepiej – mówi.
Jak sama wspomina, sytuacje kryzysowe zdarzały się również podczas zdjęć.
– Patrzę i przed oczami przelatują mi obrazy odpadających podeszw od butów albo odpinających się kokard z tyłu, ale to są jakieś takie, można by powiedzieć, drobnostki – wspomina.
Zdjęcia do „Lalki” trwały kilka miesięcy – rozpoczęły się w czerwcu i zakończyły jesienią.
– Na planie była bardzo dobra atmosfera. Nie mogę złego słowa o ekipie powiedzieć. Bardzo ważna była też ochrona ze strony pani Doroty, która bardzo dba o swój zespół, tak jak również Marzena Wojciechowska, czyli druga kostiumografka, jak również inne asystentki i osoby, które pracują na planie. Naprawdę ten profesjonalizm był niesamowity, żeby móc w nim uczestniczyć i się od niego uczyć. Przez to, że było samo grono profesjonalistów, takie nerwowe sytuacje, problematyczne, były zredukowane do minimum – podkreśla.
Dziś efekt tej pracy można zobaczyć na Netflixie. Dla większości widzów nazwiska pojawiające się w napisach końcowych nie są najważniejsze. Wiktoria przyznaje jednak, że zobaczenie własnego nazwiska było dla niej wyjątkowym momentem.
– Często to są właśnie jakieś momenty w tle, bo tak jak mówię, od czegoś trzeba zacząć, bo to też już jest bardzo ważne. Sam fakt tego, że ja wiem, że to tam jest, to jest dla mnie po prostu niesamowite. Trochę to do mnie nadal nie dociera, że ludzie to oglądają i że to już wyszło. Jak zobaczyłam swoje nazwisko na ekranie, to musiałam się aż przejść po pokoju, bo nie dowierzałam. Wiedziałam, że ono tam będzie, ale do tej pory jest to niesamowite dla mnie. Widzę w niektórych momentach swoją rękę, przeważnie w takich momentach, w których przeciętny widz nawet by nie wiedział, że tutaj może być ręka przyłożona i że wymagało to aż takiej uwagi – mówi.
Jednym z elementów, przy których szczególnie widzi swój udział, są właśnie wspomniane wcześniej męskie fulary.
– Bardzo często chodziło o takie potocznie nazwane fulary męskie, które my nazywaliśmy wiązakami. Przez to, że one są na szyi, a szyja się rusza, to trzeba było być bardzo uważnym, żeby one cały czas wyglądały dobrze. To była po prostu nasza zmora – dodaje.
Wiktoria nie zamierza jednak zatrzymywać się na tym doświadczeniu. Choć ukończyła charakteryzację i kostiumografię, postanowiła jeszcze mocniej rozwinąć swoje praktyczne umiejętności. Zapisała się do szkoły krawieckiej.
– Ponieważ kończyłam charakteryzację i kostiumografię, to przez to, że było tak wiele innych przedmiotów, czuję, że zaniedbałam ten aspekt czysto, możemy powiedzieć, rzemieślniczy. Wcześniej umiałam raczej takie drobne rzeczy, jak przyszyć guzik. Teraz chcę nauczyć się więcej – mówi.
Praca przy „Lalce” nie była zresztą jedynym projektem, w którym piotrkowianka brała udział. Wiktoria zdradziła, że pracowała również przy innym filmowym przedsięwzięciu, ale na razie nie może ujawnić jego szczegółów.
– Pracowałam w zeszłym roku również przy drugim projekcie. To prawda, aczkolwiek tutaj nie chcę nic jeszcze zapowiadać. Nie możemy nic powiedzieć na ten temat, bo takie są warunki, że dopóki nie zostaną spełnione pewne zasady, nie można nic na ten temat mówić – wyjaśnia.
Praca przy „Lalce” dała jej nie tylko doświadczenie, ale też poczucie wdzięczności za możliwość znalezienia się w takiej ekipie.
– Czuję na pewno bardzo dużą wdzięczność, aczkolwiek jestem taką osobą, która ma problem z docenieniem tego, co udało się zrobić. Powiedziałabym, że patrzę na to bardziej pod kątem tego, że widzę, ile jeszcze mam rzeczy do nauczenia się i jaka droga przede mną – mówi Wiktoria Rozpędek.
Serial dostępny jest na platformie Netflix.
Komentarze 7