Rozmawiamy z dr. Maciejem Hubką z Archiwum Państwowego w Piotrkowie Trybunalskim o znaczeniu walk o szosę piotrkowską we wrześniu 1939 roku, błędach polskiego dowództwa oraz żołnierzach, którzy walczyli pod Piotrkowem, choć często pochodzili z odległych części II Rzeczypospolitej.
Dlaczego bitwa o szosę piotrkowską była tak ważna?
Piotrków Trybunalski, oceniając jego położenie na ówczesnej mapie Polski, miał ogromne znaczenie strategiczne. Dzisiaj może nam się wydawać, że niewiele ważnego mogło dziać się pod Piotrkowem. Trzeba jednak spojrzeć na ówczesny układ granic i przede wszystkim na drogę przez Piotrków w kierunku Warszawy.
Niemieckie działania miały na celu zaciskanie kleszczy na polskiej armii. Powstrzymanie przeciwnika na rubieży formującej się Armii Odwodowej „Prusy”, zablokowanie niemieckiego uderzenia i danie czasu na zmobilizowanie odwodów było kluczowe dla strony polskiej.
Dlatego walki pod Piotrkowem nie były jedynie epizodem kampanii polskiej. Były jednym z najważniejszych wydarzeń, które miały miejsce na początku września 1939 roku i miały znaczenie dla przebiegu wojny w jej pierwszym tygodniu, a także w dłuższej perspektywie.
Pod Piotrkowem walczyli również żołnierze pochodzący z terenów dzisiejszej Ukrainy czy Białorusi.
Przed wojną mieliśmy terytorialny system uzupełnienia sił zbrojnych, który miał również ogromne znaczenie wychowawcze. Polegał na tym, że żołnierzy z różnych części Rzeczypospolitej mobilizowano i wysyłano do garnizonów, często znajdujących się na drugim końcu państwa.
Żołnierze pochodzący z terenów obecnej Ukrainy trafiali więc na przykład do Poznania, a spod Poznania do Grodna. Chodziło między innymi o to, żeby ludzie z różnych części kraju poznawali się, asymilowali i uczyli się wzajemnie od siebie.
Dlatego później te osoby trafiały w różne miejsca na mapie i walczyły na terenach, które były im obce. Dochodziło nawet do nieporozumień. Pod Tomaszowem Mazowieckim czy Piotrkowem zdarzało się, że żołnierzy podejrzewano o bycie niemieckimi dywersantami, ponieważ mówili charakterystycznym dialektem czy gwarą.
Dzisiaj również możemy zauważyć różnice w sposobie mówienia między mieszkańcami terenów przed Pilicą i za Pilicą. A wtedy mówimy o setkach kilometrów. Można więc było nie do końca zrozumieć wypowiedź Polaka z drugiej części państwa i podejrzewać, że ktoś tylko udaje Polaka.
Jak ocenia Pan postawę najwyższego dowództwa polskiego w 1939 roku? Czy generał Juliusz Rómmel rzeczywiście uciekł z Armii „Łódź” do Warszawy?
Jeżeli ocenialibyśmy w ogóle postawę najwyższego dowództwa polskiego w 1939 roku, musimy uderzyć się w piersi. Najwyższe dowództwo tego egzaminu nie zdało.
Jeżeli mówimy o generale Rómmlu, to może lepiej przyjrzeć się generałowi Biernackiemu? Najważniejszy problem polegał na tym, że Polska stanęła do wojny koalicyjnej praktycznie samodzielnie. Przed wojną żaden poważny oficer czy decydent nie zakładał, że Polska będzie w stanie samodzielnie pokonać któregokolwiek z agresorów.
Dlatego starano się zawierać sojusze i przygotować do wojny koalicyjnej. To stanowisko było dodatkowo usztywnione przez traktaty międzynarodowe. Tymczasem we wrześniu 1939 roku wojnę koalicyjną toczyliśmy praktycznie sami.
Do tego doszły problemy z najwyższym dowództwem. Generał Dąb-Biernacki nieudolnym dowodzeniem doprowadził do rozproszenia własnej armii. Naczelny Wódz stracił łączność z jednostkami, którymi dowodził.
Generał Rómmel, wybitny kawalerzysta z wojny 1920 roku, opuścił swoje wojska i znalazł się w Warszawie, za co otrzymał później kolejną armię do dyspozycji.
To była niezwykle trudna sytuacja. Postawę najwyższych dowódców należy ocenić negatywnie. Dowódcom taktycznym – batalionów, pułków, a nawet dywizji – należy natomiast oddać honor. Często ginęli razem ze swoimi żołnierzami.
Historia nie jest jednak po to, aby prowadzić martyrologię narodową czy opowiadać legendy. Historia jest po to, aby wyciągać z niej wnioski i się z niej uczyć.
Dlaczego więc Armia Poznań przez pierwsze dni wojny pozostawała w zasadzie bezczynna?
Trzeba spojrzeć na to, w jaki sposób obie strony rozpoznały swoje pozycje i przewidywały działania przeciwnika.
Polska obrona zakładała działania kordonowe wzdłuż całej granicy. Nasi decydenci obawiali się, że jeśli Niemcy wejdą do Wielkopolski i zajmą pierwsze około 100 kilometrów, mogą uznać, że to im wystarczy i będą próbowali zmusić Polskę do zawarcia pokoju. Dlatego tę część granicy również trzeba było bronić.
Armia Poznań została więc rozmieszczona właśnie po to, aby wypełnić lukę w kordonowej obronie granicy.
Problemem były później również błędy w łączności. Bez sprawnej łączności nie da się skutecznie dowodzić. Jeżeli dowództwo naczelne traci kontakt z jednostkami niższego szczebla, to jak ma reagować na zmiany sytuacji na froncie?
Decyzja o tak późnym odejściu Armii Poznań i wspólnym uderzeniu z Armią Pomorze była błędem.
Czy Armia Poznań mogła ruszyć w kierunku Berlina i zmusić Niemców do wycofania części wojsk z Polski?
Nie byłaby w stanie zaangażować tak wielkich środków. W pewnym momencie pojawia się coś, o czym już w XIX wieku pisał Carl von Clausewitz – słabnąca siła natarcia.
O ile przełamanie niemieckiego frontu i pierwsze postępy polskich wojsk mogły być w pierwszych dwóch, trzech dniach w jakiś sposób możliwe, o tyle armia, oddalając się od własnych magazynów i zaopatrzenia, ponosząc straty marszowe i bojowe, traciłaby impet.
Niemcy zagęściliby obronę i ściągnęliby dodatkowe jednostki. Pamiętajmy też, że jeżeli całe ugrupowanie Wojska Polskiego się cofa, a jedna armia wychodzi do przodu, powstaje luka, w którą można wejść i doprowadzić do okrążenia.
Większa szansa była w wykonaniu manewru odwrotowego znacznie wcześniej, we współdziałaniu z innymi polskimi armiami – Armią Łódź i Armią Pomorze. Tego oczywiście zabrakło.
Skąd wziął się chaos na polskim froncie?
Problem polegał między innymi na wielkiej luce w strukturze dowodzenia. Było Naczelne Dowództwo i były dowództwa armii, które nie do końca znały swoje plany. W obawie przed niemieckim wywiadem dowódcy poszczególnych armii nie wiedzieli nawet, co będzie robił ich sąsiad.
Nie mieliśmy również ogniwa pośredniego w postaci korpusów. Armie nie były podzielone na korpusy, więc nie było sprawnego manewrowania większymi grupami wojsk.
Stąd brał się chaos. Kiedy dowódcy tracili kontakt ze swoimi oddziałami, poszczególne dywizje próbowały wykonywać rozkazy wychwytywane z meldunków.
Rozpoczął się rozpaczliwy wyścig do przepraw. Kto pierwszy dobiegnie – Niemcy czy polska piechota stłoczona na drogach, przemieszana z kawalerią i artylerią?
To, co działo się pod Piotrkowem, Tomaszowem Mazowieckim czy później pod Drzewicą, było już finałem tego chaosu. Przemieszane polskie oddziały skutecznie walczyły z Niemcami, ale nie można było powstrzymać takiej nawały. Można ją było spowolnić i zadać przeciwnikowi straty.
Czy zabrakło w 1939 roku dowódców takich jak generałowie Sikorski czy Rozwadowski?
Wojna polsko-bolszewicka była zupełnie innym rodzajem działań. Po jednej stronie mieliśmy Wojsko Polskie z generałami i dowódcami, którzy byli wyszkoleni w armiach zaborczych i przygotowani według starych zasad. Z drugiej strony mieliśmy Michała Tuchaczewskiego i oficerów rosyjskich, często awansowanych z bardzo niskich stopni.
Inne było również nasycenie frontu techniką wojenną. Manewr odgrywał większą rolę.
Czy więc pojedynczy dowódca, taki jak Sikorski czy Rozwadowski, byłby w stanie radykalnie zmienić sytuację w 1939 roku? Wydaje mi się, że nie. Problem polegał również na tym, że mieliśmy wadliwą doktrynę wojskową.
Co było największym problemem polskiej doktryny wojskowej?
Doktryna wojskowa określa, w jaki sposób państwo przygotowuje się do wojny i jak organizuje swoje siły zbrojne.
Polska zbyt późno zaczęła planować działania na wypadek wojny z Niemcami. Przez długi czas polscy planiści koncentrowali się przede wszystkim na zagrożeniu ze strony Związku Radzieckiego. Plan operacyjny „Wschód” był opracowany w całości, natomiast plan „Z”, czyli obrony przed atakiem z zachodu, pozostawał jedynie ramowy.
Trzeba pamiętać, że plan wojenny tego szczebla to nie jest tylko ustawienie symbolicznych pionków na mapie. To również plan mobilizacyjny. Żeby przewieźć jedną dywizję piechoty, potrzeba było wielu składów kolejowych. Trzeba było skoordynować ruch wojskowy z ruchem cywilnym, przetransportować uzbrojenie, materiały pędne, smary i amunicję.
Wszystko musiało ze sobą współgrać. Opracowanie takiego planu operacyjnego trwa lata.
Czyli Polska po prostu nie zdążyła się odpowiednio przygotować?
Armia „Prusy” miała osiągnąć gotowość bojową dopiero w 15. dniu mobilizacji. Tymczasem już piątego dnia była rozbita. To pokazuje skalę problemu.
Ważną kwestią była również doktryna. Najwspanialszą szkołą wojskową okresu międzywojennego, kształcącą najlepszych oficerów, była francuska École Supérieure de Guerre. Wielu polskich oficerów było pod wpływem francuskiej myśli wojskowej, ponieważ Francja była zwycięzcą I wojny światowej.
Tymczasem wydarzenia we Francji w 1940 roku pokazały, ile warte były te koncepcje.
Najbardziej rewolucyjne i postępowe koncepcje mieli wówczas Niemcy – doktrynę wojny manewrowej, kojarzoną z blitzkriegiem. Podobne idee rozwijano również w Związku Radzieckim w postaci teorii głębokich operacji.
Obie te koncepcje zakładały wojnę manewrową i duże nasycenie wojsk sprzętem technicznym. Tymczasem w doktrynie francuskiej, a pośrednio również polskiej, broń pancerna była przede wszystkim traktowana jako broń towarzysząca piechocie.
To jednak temat na kolejną rozmowę…
Zdecydowanie. To jest temat, o którym można rozmawiać bardzo długo.
POSŁUCHAJ
Komentarze 8