Mieszkańcy ulicy Lipowej w Piotrkowie skarżą się na uciążliwy problem, który od kilku lat zatruwa im codzienne życie. Kilka metrów od ich domów –przy granicy działki – regularnie składowany jest obornik. Jak mówią, smród, muchy i brak reakcji instytucji sprawiają, że czują się bezradni.
Choć – jak podkreślają mieszkańcy – sytuacja nie zawsze wyglądała tak źle, w ostatnich trzech–czterech latach problem wyraźnie się nasilił.
Nie da się tu mieszkać. Ja już nawet nie chcę o tym mówić, bo człowiek tylko się denerwuje. Wszystko tu jest obgryzione przez zwierzęta, płotu nie mogę pomalować, bo ciągle leży tu gnój. To jest po prostu tragedia – mówi jedna z mieszkanek.
Obornik trafia na dużą działkę położoną wśród zabudowy mieszkalnej. To nie jest teren rolniczy, lecz okolica z domami jednorodzinnymi i segmentami, które stoją tu od kilkudziesięciu lat.
To się tak naprawdę nasiliło jakieś trzy, cztery lata temu. Wcześniej on gdzieś to składował u siebie, była jakaś górka i nie było aż takiego problemu. A teraz to wszystko trafia tutaj i my z tym walczymy od kilku lat. To nie jest sytuacja, że ktoś przywiózł trochę nawozu do ogródka. Tego jest dużo i pojawia się regularnie. To nie jest żadne gospodarstwo rolne, tylko normalne osiedle. Tu są domy, ludzie tu mieszkają od 30 lat i nagle ktoś urządza sobie takie rzeczy pod oknami– podkreślają mieszkańcy.
Największym problemem jest intensywny zapach oraz ogromna liczba owadów.
Na jesień to jest po prostu czarno od much. One siedzą na ścianach, na oknach, wszędzie. Jak się najedzą, to siadają i po prostu jest ich pełno. Czasami trzeba je odganiać, żeby w ogóle wejść do domu. Żadne siatki, żadne kratki – nic nie pomaga – relacjonuje jedna z kobiet.
Sąsiedzi przyznają, że latem zbierają całe pojemniki owadów. Uciążliwość jest na tyle duża, że – jak twierdzą – nie da się normalnie korzystać z domów.
Mamy specjalne pułapki. W sezonie są tego kilogramy. Nie można otworzyć okien, wyjść na taras czy nawet wywiesić prania. Znajomi ze wsi mówią, że u nich nie ma takich zapachów – dodają
Z relacji wynika, że obornik pochodzi z pobliskiej obory, gdzie hodowane są m.in. krowy, kozy i gęsi. Zwierząt jest dużo, a odpady są regularnie wywożone i składowane na działce.
Tam jest wszystko – krowy, byk, gęsi, kozy, jakieś różne zwierzęta. Latem to się robi takie małe zoo, dzieci przychodzą, oglądają. Ja rozumiem, że ktoś to hoduje i musi mieć obornik, ale czy to znaczy, że można go wyrzucać ludziom pod oknami ?– pytają mieszkańcy.
Dodatkowo zwierzęta mają wpływać na otoczenie – według relacji kozy obgryzają rośliny przy ogrodzeniach sąsiadów.
Mieszkańcy wielokrotnie próbowali rozmawiać z osobą odpowiedzialną za wywożenie obornika.
Rozmawialiśmy z nim wiele razy. Jak tylko przywoził ten gnój, to szliśmy i mówiliśmy, żeby tego nie robił. Ale to jest jak grochem o ścianę. On w ogóle nie widzi problemu – relacjonują.
Interweniowali również w różnych instytucjach, jednak bez skutku.
Straż miejska odsyła nas do ochrony śro
dowiska, ochrona środowiska dalej, a policja mówi, że to nie ich sprawa. Każdy umywa ręce – mówią.
Sprawa komplikuje się ze względu na brak jednoznacznych regulacji. Przepisy dotyczące składowania obornika odnoszą się głównie do terenów rolniczych i określają minimalne odległości od zabudowań – nawet do 30 metrów.
W tym przypadku odległość wynosi zaledwie kilka metrów. Dodatkowo, jak zaznaczają, osiedle istniało tu na długo przed pojawieniem się problemu.
To nie jest tak, że ktoś się tu wybudował i wiedział, że będzie coś takiego. My tu mieszkamy od lat. Te domy mają po 30 lat i wcześniej tego nie było. To się zaczęło dopiero kilka lat temu – wskazują mieszkańcy.
Na dziś mieszkańcy nie widzą prostego wyjścia z sytuacji. Jedną z możliwości jest droga sądowa, jednak – jak mówią – może to potrwać latami.
Każą iść do sądu. A my mamy tu żyć teraz – mówią.
I dodają krótko:
To jest po prostu smród nie do wyobrażenia.
Kontaktowaliśmy się w tej sprawie z Wojewódzkim Inspektoratem Ochrony Środowiska jak twierdzą- przyjrzą się sprawie.
Komentarze 13