Mury Akademii Piotrkowskiej w sobotę 31 stycznia wypełniły się zapachem wikliny i twórczą energią. Wszystko za sprawą wyjątkowych warsztatów plecionkarskich, które przyciągnęły tłumy entuzjastów ginącego rzemiosła.
Wydarzenie poprowadziła Izabela Daniels, pracownik uczelni, a zarazem dyplomowany mistrz plecionkarstwa i aktywna członkini Stowarzyszenia Polskich Plecionkarzy.
Rzemiosło przeżywa renesans
Zainteresowanie zajęciami przerosło najśmielsze oczekiwania organizatorów. Sala wypełniła się po brzegi, a długa lista rezerwowa potwierdziła, że tradycyjne techniki wytwarzania przedmiotów użytkowych wracają do łask. Eksperci upatrują przyczyn tego zjawiska w rosnącej świadomości ekologicznej oraz prestiżowym wpisaniu plecionkarstwa na Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego Ludzkości UNESCO.
Trzy godziny cierpliwości vs. mistrzowska wprawa
Uczestnicy warsztatów mierzyli się z wyzwaniem wyplecenia własnego kosza. Zadanie to wymagało nie tylko precyzji, ale i sporej dozy cierpliwości – nowicjuszom proces ten zajmował około trzech godzin. Dla porównania, prowadząca warsztaty Izabela Daniels, dzięki wieloletniemu doświadczeniu, potrafi stworzyć taki przedmiot w zaledwie 45 minut.
Kobieca precyzja w świecie wikliny
Choć historycznie plecionkarstwo – zwłaszcza przy tworzeniu dużych form i mebli – zdominowane było przez mężczyzn ze względu na wymaganą siłę fizyczną, sobotnie spotkanie zdominowały panie. Warsztaty pokazały, że kobieca zręczność i dbałość o detal idealnie sprawdzają się w tworzeniu misternych, mniejszych form plecionkarskich.
Wydarzenie w Akademii Piotrkowskiej udowodniło, że rzemiosło to nie tylko praca, ale przede wszystkim pasja, która łączy pokolenia i pozwala na chwilę wytchnienia od cyfrowej rzeczywistości.
„Dać komuś kosza” – skąd wzięło się to powiedzenie?
Wszyscy wiemy, że „dać komuś kosza” oznacza odrzucenie czyichś zalotów. To popularne powiedzenie wywodzi się z XVII-wiecznej tradycji, kiedy to plecione kosze używane w gospodarstwie stanowiły istotny element posagu.
Zgodnie z dawnym obyczajem, gdy mężczyzna przychodził w konkury, kobieta mogła zareagować na dwa sposoby. Jeśli wręczyła mu solidny kosz z dnem, oznaczało to akceptację oświadczyn i chęć włączenia przedmiotu do wspólnego majątku. Jeśli jednak chciała go odrzucić, podawała mu kosz bez dna. Był on bezużyteczny i symbolizował brak zgody na małżeństwo, stając się czytelnym sygnałem dla niefortunnego zalotnika.
Komentarze 1