TERAZ9°C
JAKOŚĆ POWIETRZA Umiarkowana
reklama

Jeżozwierze i rozgwiazdy – tekst VII Dyktanda

JaKac1
JaKac1 czw., 7 czerwca 2012 15:17
Podobno było nieco łatwiejsze niż ubiegłoroczne, ale nie było pracy, w której nie znalazłby się choć jeden błąd. Nadal więc pozostaje wyzwaniem. I to – ku naszej uciesze – wyzwaniem dla coraz większej liczby osób.
Zdjęcie
Autor: fot. Magda Waga

Wykryto bloker reklam!

Treść artykułu została zablokowana, ponieważ wykryliśmy, że używasz blokera reklam. Aby odblokować treść, proszę wyłączyć bloker reklam na tej stronie.

tekst dyktanda:

Na dnie Mariańskiego Rowu, z podłoża wyłożonego zmiażdżonymi okrzemkami wyrasta krzynę koślawa, aczkolwiek jedenastokondygnacyjna, chatynka. Przycupnięta pod rozłożystym koralem hardo spogląda w mroczną głębię. W jej murach mieszka chimeryczny konik morski Izydor, rozchichotana, poruszająca się kurcgalopem niczym hurysa w mahometańskim raju, płaszczka Hermenegilda, zadumany filozof Gerwazy, z natury rekin ludojad, a także rozbrykany jeżozwierz Hipolit i jeszcze Klementyna rozgwiazda w duchu jaśniejąca na roziskrzonym firmamencie polarnych zórz oraz krab pustelnik o niebywałym purpurowym umaszczeniu. Ma on w zwyczaju opowiadać, że jest to pamiątka nieoczekiwanego spotkania z jednookim kukiem śmigłej fregaty “Stella Maris”, transportującej cejlońską herbatę do chińskich portów.

Cała ta egzotyczna hałastra aspołecznych wyrzutków ma właśnie zamiar spożyć obiad, dlatego też znany głodomór jeżozwierz Hipolit wyciąga z kąta chromowany grill, chcąc przyrządzić w sosie chrzanowym ekskluzywne haitańskie brokuły w przybraniu z ostrężyn. Łgarz i łotrzyk Izydor kąśliwym tonem zadaje zwyczajowe pytanie, czy będzie to sos na winie. A huncwot Hipolit, kląskając krztuśliwie, odpowiada, że naturalnie wrzuci do rondla wszystko, co mu się nawinie pod rękę. W tym momencie Gerwazy, który nie uchwycił sensu rzadkiej urody żartu, uwalnia skrępowaną dotąd naturę ludojada i szczerzy ogromne kły. Momentalnie przy grillu zapada grobowa cisza, ale nawet ona kuli się zdjęta przerażeniem.

Na szczęście już nadciągali truchtem przyjaciele domu: szczeżuja Ludmiła i perłopław Przybysław. Ten ostatni, bynajmniej nie garkotłuk (ew. garnkotłuk), lecz psychoanalityk o długoletnim stażu, zrozumiawszy grozę sytuacji, przywołuje Gerwazemu wspomnienie pulchnego bosmanmata o torsie i mocarnych dłoniach pokrytych tatuażami. Izydor natomiast nieznacznie mruży różnobarwne oczy pod krzaczastymi brwiami i recytuje czarnoksięską formułę w starohawajskim dialekcie: “Hulali po polu i pili kakao”.

Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdyż Gerwazy został obezwładniony.

dr Lidia Pacan-Bonarek
dr Jacek Bonarek

Reklama

Podsumowanie

    reklama

    Komentarze 0

    reklama

    Dla Ciebie

    9°C

    Pogoda

    Kontakt

    Radio